feed-image RSS

Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich

Fakt, iż chrześcijańscy naukowcy wyszukują w nauce zjawiska jeszcze niezbadane i niewytłumaczone, a następnie, arbitralnie przykrywają te “białe plamy” Bogiem, jest stary jak świat. Dzięki temu udaje im się przekonać osoby o małym sceptycyzmie i wiedzy (głównie na temat metodologii naukowej), że Bóg jest jedynym wyjaśnieniem pewnych tajemnic, pozostających JESZCZE poza zasięgiem nauki. Nawet jeżeli, w mało elegancki sposób, na owej “białej plamie” zagości taka zmienna jak “Bóg”, nie widać jednak zbyt wielu powodów, dla których miałoby to równać się akurat słuszności chrześcijańskiej wizji tego Boga. Nie psuje to jednak dobrego nastroju tymże naukowcom, gdyż tego typu pytań już głośno nie zadają. W konsekwencji powstają chrześcijańskie “alternatywy” mające być złotym środkiem pomiędzy zawierzeniem objawieniu, a naukami. Sztandarowym przykładem jest cała teologia, kreacjonizm,a na naszych oczach rozwija się już nowy nurt myśli zwany psychologią chrześcijańską. W Polsce jest to zjawisko stosunkowo nowe i dlatego należy o nim mówić, a zwłaszcza poddać je krytyce, którą w internecie odnaleźć jest niełatwo.

Nauka posiada pewien autorytet, więc nic dziwnego, że wszyscy, włącznie z bioenergoterapeutami-szarlatanami, new-age’owskimi szarlatanami, czy religijnymi szarlatanami próbują się pod nią podpiąć. W powszechnym mniemaniu, jeśli coś ma charakter naukowy, należy temu zawierzyć. Jak możnaby nie skorzystać z takiej okazji? Im bardziej widoczny jest wpływ nauki na umiejętną kontrolę nad światem zewnętrznym, tym wydaje się ona prawdziwsza, co intensyfikuje wspomniany proces “podpinania”, którego apogeum właśnie obserwujemy. By się podpiąć często wystarczy tylko stworzenie odpowiednich pozorów, na przykład zmiana terminologii, odpowiednio zinterpretowana wypowiedź osoby z literkami “dr” przed nazwiskiem, czy wspomnianie powołanie się na “białą plamę”. Nie zmienia to jednak faktu iż pozór pozostaje pozorem, a realna skuteczność praktycznego zastosowania i spójność religijno-naukowych teorii jest bardzo niska lub nieweryfikowalna. Podpięcie się chrześcijaństwa pod psychologię, której jednym z najważniejszych praktycznych wymiarów jest leczenie rozmaitych zaburzeń (psychoterapia) wydaje się niezwykle niebezpieczne. Jak sama definicja psychoterapii wskazuje, jest ona profesjonalną, medyczną pomocą udzielaną osobom cierpiącym na dolegliwości psychiczne. Medyczną, czyli opartą na nauce. Jak więc można pogodzić się z przyznaniem kompetencji do udzielania takiej pomocy nurtowi, który wyznaje założenia zgoła nienaukowe?

Każdy nurt psychologii (od psychoanalizy po psychologię poznawczą) zakłada pewien model rozumienia istoty ludzkiej. Jeżeli przesłanką do powstania określonego założenia jest funkcja pragmatyczna, zazwyczaj możemy spodziewać się dużej skuteczności w leczeniu (jak w psychologii poznawczej). Niestety istnieją również naukowcy tak zapatrzeni i zafascynowani określoną wizją, że zespołu tych założeń nie możemy nazwać już paradygmatem, tylko dogmatem. W tym przypadku trzymanie się określonej doktryny implikuje zanik wszelkiej fleksybilności teorii, a na pierwszy plan wysuwa się wierność pierwotnym założeniom, a wszystko kosztem samego pacjenta. Błąd ten popełniła psychoanaliza (której niższą skuteczność od innych form terapii wykazują prawie wszystkie badania naukowe), a teraz powtarza psychologia chrześcijańska, która, swoją drogą, bardzo się z psychoanalizą nie lubi. Dziwaczny “naukowy” dogmat dotyczący rozumienia istoty ludzkiej przez chrześcijan bazuje na tzw. “antropologii biblijnej”. Głosi ona między innymi:

“Człowiek jest istotą stworzoną przez Boga na Jego obraz i podobieństwo. Ten obraz i podobieństwo zostały zniekształcone przez grzech, co zaburzyło harmonię pomiędzy człowiekiem a kochającym go Bogiem oraz innymi ludźmi, a także doprowadziło do wewnętrznego skonfliktowania w człowieku.” (Kodeks etyczny Stowarzyszenia Psychologii
Chrześcijańskiej)

“Istotą człowieka jest właśnie bycie osobą. A być osobą znaczy być podmiotem wolnym i odpowiedzialnym”.

“Biblijne spojrzenie na człowieka to zatem spojrzenie integralne i realistyczne. Z jednej strony ukazuje ono wyjątkowość i złożoność człowieka, który doświadcza siebie poprzez swoją cielesność i psychikę, poprzez wrażliwość moralną i duchową, poprzez swoje więzi z Bogiem, z samym sobą i z bliźnim. Z drugiej strony antropologia biblijna odsłania ludzką słabość i grzeszność, nasze wewnętrzne zranienia i konflikty oraz potrzebę czujności i współpracy ze Zbawicielem”
(Przemysław Trawczyński)

Powyższe twierdzenia antropologii biblijnej przedstawiają człowieka jako jednostkę odpowiedzialną, wolną, a równocześnie grzeszną. Z pojęciem grzechu wiąże się w sposób oczywisty pojęcie winy. Jeżeli integralną częścią terapii mają być wspomniane zagadnienia, terapeuta z konieczności musi pełnić rolę oceniającą. W zwykłej psychoterapii, psycholog zazwyczaj nie ocenia, a dobrem do którego dąży jest poprawa stanu pacjenta (chyba, że ta subiektywnie rozumiana przez pacjenta poprawa, miałaby doprowadzić do jakichś katastrofalnych społecznie skutków). Tutaj jest inaczej. Prosty przykład - w ramach behawioralnej terapii zaburzeń seksualnych (np. oziębłości seksualnej), jedną z często używanych technik jest trening masturbacji. Niezależnie od skuteczności w rozumieniu zarówno subiektywnie odczuwanej poprawy stanu pacjenta, jak i poprawienie się jakości pożycia w jego związku partnerskim, technika ta jest niedozwolona, ponieważ, według Katechizmu masturbacja stanowi akt “moralnie nieuporządkowany”. Innym przykładem jest selektywnie rozumiana troska o cielesną stronę człowieka - jeden z założycieli Towarzystwa Psychologów Chrześcijańskich, ksiądz Romuald Jaworski w jednym ze swych artykułów pisze, że zażywanie pigułek antykoncepcyjnych jest niedozwolone, ponieważ
szkodzi ciału, natomiast asceza, post i inne usankcjonowane religijnie głodówki i samoumartwienia, są dozwolone, a nawet należy je w określonych momentach (wyznaczonych kalendarzowo, a nie kontekstualnie) stosować.
Kto więc jest podmiotem terapii - pacjent czy wierność doktrynie?

Jeżeli elementami terapii są takie zagadnienia jak grzech, wina i ocena, w sposób naturalny powstaje z kolei pytanie, czy nie tkwi w takim podejściu do kwestii leczenia niebezpieczeństwo dodatkowego obciążenia pacjenta, a nawet uruchomienie bardzo negatywnych w skutkach mechanizmów spustowych, które znacznie pogorszą jego stan? Z pewnością nie musi się tak stać - możliwe, że chrześcijański terapeuta zrewiduje zbyt demoniczne postrzeganie grzechu przez pacjenta, poprzez rozmowy o boskim przebaczeniu, czy miłości Chrystusa. Z drugiej strony jest to stąpanie po niepewnym gruncie. Gdy w grę wchodzi nieustanne wartościowanie, obraz własnej osoby pacjenta, na który wpływa wyobrażenie sobie oceny jego postępków przez Boga etc. sytuacja może się tak pogorszyć, że standardowa interwencja nie wystarczy. A co dopiero, jeśli pacjent posiada głęboko zaburzony krytycyzm w odniesieniu do samego siebie i otaczającej go rzeczywistości? Zresztą, jak pisze związany z kościelno-psychologicznym ośrodkiem pomocy psychologiczno-pastoralnej “Metanoia” Przemysław Trawczyński: “(…) Tymczasem jest rzeczą oczywistą, że obraz samego siebie nie powinien być ani pozytywny ani negatywny, lecz po prostu prawdziwy”. Tak więc owa terapia sama pozbawia się takich skutecznych instrumentów jak perswazja, manipulowanie obrazem samego siebie celem podniesienia nastroju i spoglądanie na sprawy z różnych punktów widzenia (bo to już postmodernistyczny, przebrzydły relatywizm). Najważniejsza bowiem jest Prawda, w rozumieniu Biblii.

Są to pewne wątpliwości, na które Psychologowie Chrześcijańscy powinni odpowiedzieć wynikami solidnych badań. Każdy kto interesował się jednak badaniem skuteczności poszczególnych nurtów psychoterapii, wie jak wiele trudności one nastręczają. Problem ten jednak nie tyczy się Integratywnej Psychologii Chrześcijańskiej, ponieważ, mimo iż przejrzałem wyniki kilkudziesięciu badań na temat skuteczności rozmaitych terapii, w żadnej jej nie uwzględniono. W gruncie rzeczy, jest to zrozumiałe - po co badać skuteczność własnej terapii, kiedy empiryczne wyniki są zdecydowanie gorszą reklamą niż związek z religią?

Na koniec prawdziwy rodzynek, który powinien każdemu uświadomić, że Psychoterapia Chrześcijańska, mimo spełnienia wymogów urzędowych (4 lata szkoleń, superwizje), psychoterapią w rozumieniu medycznej, profesjonalnej pomocy nie jest:

“Każda psychoterapia bazuje na związku osobowym (relacji terapeutycznej) i opiera się na poszanowaniu godności i niepowtarzalności osoby. W przypadku terapii chrześcijańskiej osoba potrzebująca pomocy czerpie nie tylko od psychoterapeuty, ale i od Zbawiciela, który jest drogą do Ojca. Relacja terapeutyczna jest miejscem spotkania z Bogiem zarówno osoby potrzebującej pomocy, jak i psychoterapeuty”.

(21 punkt kodeksu etycznego Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich)

Tags: , ,

8 Responses to “Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich”

  1. 417 pisze:

    Potrafię sobie to wyobrazić.
    “- Panie terapeuto, słyszę Głos Boga, a psychiatra twierdzi, że mam schizofrenię.
    - Tak, jesteś bardzo chory. Zapewne bardzo zgrzeszyłeś i dlatego słyszysz głos szatana.
    - Nie, to Bóg, nie szatan.
    - Odrzuć te szatańskie podszepty i zwróć oczy do Boga!
    - Po pierwsze - ja go słyszę, a nie widzę. Po drugie - Bóg mówi, żebyś się odpierdolił.”

    ;D

  2. hobgoblin pisze:

    Czyli polega to na zmianie jednego stanu psychotycznego na inny. Pamiętajcie za wszystko odpowiedzialny jest grzech i szatan. Tak do ciebie mówię grzeszniku! Nawróć się bo piekło czeka na ciebie. O taak! Bardzo skuteczna terapia behawioralna strachem (P.s. najważniejsze są dary duchowe jednak nie zapomnij dokonać odpowiednio wysokiej wpłaty aby nasza czarna mafia ściemniaczy żyła sobie z iście książęcą fantazją. Umartwiajcie się!)

  3. NREM pisze:

    Dokopałem się w końcu do wyników badań nad skutecznością psychoterapii chrześcijańskiej. Przeprowadzili je Nathaniel G. Wade, Everett L. Worthington i David L. Vogel, a wyniki zamieszczono w Psychotherapy Research (styczeń 2007).
    Streszczając - nie wykazano różnic pomiędzy skutecznością “świeckiej”, a chrześcijańskiej terapii. Jest tylko kilka ale:

    - badania nie miały charakteru podłużnego. Oparte są na doświadczeniu pacjenta tuż po terapii.
    - mała próba badanych
    - olbrzymia dysproporcja -> dane tylko z jednego ośrodka świeckiego i z kilkudziesięciu chrześcijańskich. Moja pani doktor
    ze statystyki zadławiłaby się językiem ze śmiechu.
    - ograniczony zakres badanych zaburzeń (depresja, niepokój, problemy małżeńskie). Brak danych dotyczących innych nerwic i psychoz.
    - nie sprecyzowano co to oznacza - “ośrodki świeckie”. Ten jeden ośrodek mógł mieć specyfikę psychoanalityczną, humanistyczną (w tych dwóch przypadkach zrozumiałe, że skuteczność taka sama), ale też mógł mieć poznawczo-behawioralną, mindfulness etc. To tak jakby stwierdzić, że Polacy mają tak samo długie chuje jak Azjaci, nie precyzując już, że chodzi o Rosjan w części azjatyckiej. Po wyciągnięciu średniej z japończyków, chińczyków i rosjan, średnia długość chuja byłaby z pewnością mniejsza.

    Innymi słowy - badania zostały tak ustawione, by wynik był pozytywny dla christfagów.

    • 417 pisze:

      Swoją drogą katolom przypadkiem udało się zrobić samym sobie wesoły żart.
      Spójrzmy:
      Terapia chrześcijańska składa się z: pomocy psychologicznej od terapeuty oraz z łaski od Zbawiciela tudzież Boga.
      Terapia ‘świecka’ składa się z pomocy psychologicznej od terapeuty bez łachy.

      Jeżeli skuteczność terapii chrześcijańskiej jest równa skuteczności terapii ‘świeckiej’ to:
      a) Bóg nie istnieje, a terapia chrześcijańska działa tak samo jak świecka, ale ma dodatkowo indoktrynację.
      b) Bóg istnieje, ale ma w dupie terapię w jakimkolwiek wydaniu.
      c) Bóg istnieje, ale pomaga tak chrześcijanom, jak i ateistom i innym istotom czującym, co oznacza, że wiara jest tu czynnikiem zbędnym.

      Ergo:
      Terapia chrześcijańska jest: a) zbędna, b) zbędna i c) zupełnie zbędna. ;)

  4. Kamil pisze:

    A ja Wam powiem, ze znaj Jezusa ktory leczy z alkoholizmu, fajek, narkomanii, depresji, myśli samobójczych i wielu, wielu innych zniewoleń tecgo świata.
    Sam tego doświadczyłem i znam mnóstwo ludzi którzy zostali uwolnieni. Sam dopisek chrześcijański nic nie znaczy, sam byłem chrześcijaninem przez 30 lat a dopiero od roku znam Jezusa. Prawdziwe chrześcijaństwo to nie jest religia, to jest relacja !!! i Boga można odnaleść, serio. Trzeba szukać szczerym sercem, a kluczem do poznania prawdy jest “Oddanie życia Jezusowi”.
    Pozdrawiam

  5. Kamil pisze:

    A ja Wam powiem, ze znaj Jezusa ktory leczy z alkoholizmu, fajek, narkomanii, depresji,
    myśli samobójczych i wielu, wielu innych zniewoleń tecgo świata.
    Sam tego doświadczyłem i znam mnóstwo ludzi którzy zostali uwolnieni. Sam dopisek
    chrześcijański nic nie znaczy, sam byłem chrześcijaninem przez 30 lat a dopiero od roku
    znam Jezusa. Prawdziwe chrześcijaństwo to nie jest religia, to jest relacja !!!
    i Boga można odnaleść, serio. Trzeba szukać szczerym sercem, a kluczem do poznania
    prawdy jest “Oddanie życia Jezusowi”.

  6. greg pisze:

    Zgadzam się z Kamilem. nie bede jednak pereł przed wieprze rzucać.
    nie znacie mnie a obrażacie uczucia religijne. nie tylko moje ale wiele milionów wierzących chrzescijan. na podstawie jakich wartosci myslicie układać zburzony depresją swiat ?? próżnosci i pychy ?? i skąd w was taka nienawiść do katolika ?? budda wam bliższy bo joga modna i na karate dzieci posyłacie ?? nigdy nie odwazyłbym sie chocby buddy tak mieszać z błotem jak wy hanbicie boga swego i waszych rodzicow, ktorzy na pewno sa z was dumni a na pewno juz wasze babcie i dziadkowie.

  7. hobgoblin pisze:

    to nie mój bóg tylko izraelitów, poza tym zajmuj się lepiej historią swojego kółka różańcowego niż historią religii. Nie chodzi o nienawiść religijną ale hipokryzję katolików.

Leave a Reply

    Kategorie

    Archiwa

    Mind Cloud

    RSS Portal

    RSS Forum

    • Wystąpił błąd; prawdopodobnie kanał chwilowo nie działa. Spróbuj ponownie później.